Archive for Kwiecień, 2010
Żelazny Żuk duma o Haroldzie
Ciągnąc krokodyla do groty Mictantecutliego Żelazny Żuk rozmyślał. Wcale nie zważał na krokodyle łzy. Wiedział z bladziego doświadczenia, że są sztuczne. Dziwił się jednak, że Haroldowe gady okazały się tak ciapowate. Żeby taka wielka bestia nawet oporu nie stawiała?! Kto to widział?! Po dwóch młynkach, jakie Żelazny zakręcił nad sobą trzymając gada za ogon, krokodyl stracił przytomność. Potem ocucił się, ale już miał na gębie drut. Bezsilny próbował ostatniego fortelu, płaczu. Ale nieubłagany Żelazny ciągnął go na posiłek. W końcu Mictantencutli miał po bobrach wzdęcia.
Ale tu się narator się rozpisał, a miał mówić o tym, o czym Żelazny dumał. A bił się ze swoim sumieniem.
- Czy wypada tak korzystać z czyjejś hodowli?
Dumał, dumał, ale znalazł tylko dwa argumenty. I oba na to, że godzi się. Po pierwsze – na chwałę Reala. Po drugie – właściciel krokodyla Szoszoinem nie był.
- Hmm… A może Harold Szoszoin? – pytał siebie.
- Nie, raczej nie – odpowiadało siebie. – Niby przybył dawno, ale jako Winek, niby nawet się zapisał w spisie, ale jako Winek, choć Szoszoinem się mienił.
- Szoszoinem i Winkiem… – przyznał Żelazny.
- Bizon i wilk, za dupę się gryzie – rzekło siebie.
- Ale Winkowie bracia! – próbowało bronić Harolda Żelazne.
- Bracia Szoszoinów czy siostry Wandy? Nie wiem już, co bardziej… – zastanowiło się siebie.
- Ale Harold, był w Okoczii tyle czasu!
- Więcej go było, niż nie było… Teraz jak go wyrzucili to przylazł do nas jak bobrza zaraza.
- Ty, siebie, może i masz rację… A głowa mi pęka!
I tak Żelazny Żuk pociągnął płaczącego krokodyla dalej.
Żelazny Żuk i Mictantecutli
Po dwóch dniach płynięcia przez południowe morza dreamlandzkie Żelazny Żuk dotarł na Teronię. Wysiadł z czółna w Wayanatobee ubrany w długi haftowany płaszcz i krzyknąwszy:
- Nie mam czasu na pogawędki Czerwona Gwiazdo! – pobiegł brzegiem wyspy.
Starał się szybko przemierzać piaszczysty brzeg, lecz z każdym krokiem zapadał się w złoty pył.
- Nie Czerwona Gwiazdo! Górą iść nie mogę! – pokrzykiwał zdenerwowany.
- …
- Zobaczysz… – odparł tajemniczo duchowi.
W końcu dotarł przed wielki okrągły głaz. Zaparł się dwiema nogami i z całej siły go pchał. Głaz ani drgnął.
- Może zamiast gadać mi nad uchem pomógłbyś?
- …
- Nie, nie postawię ci Kojotówki. Przynajmniej nie teraz, bo nie mam czasu.
- …
- To co ja ci poradzę, że cię suszy? Ja od pół roku nie piję.
- …
- W Realu byłem… Dobra, pchaj.
Żelazny znowu się zaparł. Tym razem głaz lekko się przetoczył odsłaniając szparę pozwalającą na wejście do wcześniej niewidocznej jaskini. Szoszoin sięgnął więc przez szparę i pomacawszy chwilę wyciągnął z niej pochodnię. Jego twarz nie zmieniła wyrazu. Zachowywał się tak, jakby dokładnie wiedział, że ona tam jest.
Wbiwszy smolną pałkę w hałdę piachu pogrzebał chwilę pod małym kamykiem leżącym kilka kroków od jaskini. Trzy razy machnął dłońmi i wydobył dwa krzemienie.
Zapaliwszy pochodnię wszedł do jaskini. Wystarczyło przebyć kilka kroków, by napotkać rozwidlenie korytarza. Żelazny niemal bez zastanowienia skręcił w prawo. Z podobnym zdecydowaniem zachowywał się stając przed kolejnymi wyborami.
Dotarł wreszcie do dużego jeziora. Tam, przy brzegu, czekało czółno z wiosłem. Wsiadł i powiedział:
- A co cię to interesuje? Wsiadasz czy nie?
Płynął dość długo. Każde uderzenie jego wiosła było przedrzeźniane wielokrotnie przez Echo ogromnej pieczary. Wreszcie dopłynął do dwóch tuneli.
- Hmm… Prawy biegnie do źródła Tisy? Tak, prawy to Tisa, a ja mam płynąć lewym…
Po wpłynięciu w ten korytarz czółno natychmiast napotkało mały wodospad. Żelazny Żuk łatwo z niego spłynął i ustabilizował łódź. Potem odłożył wiosło i dał nieść się prądowi wody.
Czółno płynęło coraz szybciej, raz po raz nad głową Żelaznego przelatywały nietoperze, wreszcie nurt zaczął zwalniać, ale i korytarz się zwęził. Panował tu nieprzyjemny zaduch. Nad wodą unosiła się dziwna mgiełka. Na półce skalnej po prawej leżał ogromny szkielet Bizona.
Szkielet okazał się dopiero pierwszym. Dalej leżały kolejne. Obok Bizonów leżały saren, obok saren jelenie, obok jeleni wilki, a obok wilków niedźwiedzie. W dalszej części tunelu kości okalały całe sklepienie.
Wreszcie czółno lekko dobiło do jakiegoś brzegu. Żelazny wyszedł na brzeg i podniósł wysoko pochodnię. Jego oczom ukazała się wysoka na trzy Bizony bestia tocząca pianę z gęby. Jej zęby miały długość ręki Żelaznego, a mieściły się w mordzie szerokiej jak niedźwiedź. Pokryte łuskami ciało stwora ociekało wodą i krwią. W szponach trzymał jeszcze wierzgającego wilka, choć już bez zada.
Szoszoin zrzucił z siebie płaszcz odsłaniając wystającą za plecami rękojeść swojego starego miecza zwanego Bizonem. Chwycił go oburącz i zatoczywszy młynek nad głową uderzył z całą siłą w nogę bestii. Stwór jęknął przeraźliwie, pękło kilka łusek, z rany zaczęła się sączyć żółta maź.
- Już, już po wszystkim – rzekł nagle Żelazny, po czym poufale zbliżył się do ogromnego stwora.
Ten położył się na ziemi i zaczął wydawać z siebie dziwne dźwięki. Szoszoin przytulił jego wielki łeb i pogłaskał i powiedział:
- No już Mictantecutli, przestań płakać, zaraz cię opatrzę.
Wstał rozerwał swój haftowany płaszcz. Jedną część przyłożył do rany, zawinął i wrzucił do czółna. Drugą obwiązał grubą nogę bestii.
- No, dzielny byłeś, przekażę Realowi. Ale teraz muszę biec. Wpadnę do ciebie jutro – powiedział i wsiadł do czółna.
- A ty? – powiedział patrząc w miejsce, gdzie nikogo nie było. – Zamknij już tą gębę i wsiadaj, bo nie będę czekał! Wracamy!
Jak to Żelazny list otrzymał
Żelazny Żuk płynąc sobie spokojnie na wschód nie przeczuwał, że w Okoczii mogło zdarzyć się coś strasznego. Gadał sobie, z Realem w najlepsze, gdy o brzeg „jego” czółenka uderzyła butelka. „Jego”, bo czółno było pierwszym lepszym dopadniętym na brzegu.
Najpierw z butelki wyciągnął list.
- Od Samotnego Wilka, ciekawe czego chce… – zastanowił się mówiąc do siebie lub do Reala. Ciężko stwierdzić.
Przeczytał list i mówi:
- Widzisz? Skruszony jest… Tylko po co tak ciągle mi mówił o tych stolcach? Mowiłem mu przecież, że nie pozwalasz!
- …
- Nie, nie mów tak. Samotny nie jest zły. Męczy go tylko Wodowanie. Jak każdego przed nim. No może nie Pędzącego, ale my go sami na stolcu posadziliśmy, trochę bez jego wiedzy to i nie dziwota, że mu się nie chciało. Poza nim jednak nikt nie miał pomocy.
- …
- Już, cicho. Coś tu jeszcze jest.
Zerwał się silny wiatr, czółnem zaczęło trząść. Twarz Żelaznego Żuka nie zmieniała wyrazu. Popatrzył w niebo i krzyknął:
- Czego trzęsiesz?!
Morze nagle się uspokoiło.
Żelazny wyjął z butelki drugi kawał skóry. Wielkimi literami na górze napisano „Bizon informacje”. Ze zgrozą przeczytał o ranie Samotnego.
- No nie Ojciec! Przegiąłeś! Żeby ranić go? W ogóle! Kogokolwiek ranić?!
Real chyba nie odpowiedział, bo Żelazny Żuk nie wsłuchiwał się w nic z wzrokiem utkwionym w chmury. Szybko zawrócił czółno i zaczął płynąć z powrotem.
- Skunksi kuper, teraz weź i wróć. Pod prąd płynął nie będę. Trzeba przez Dreamland… Byleby zdążyć… – popatrzył w niebo. – A ty mi w tym pomożesz!
Jak Żelazny Żuk z Okoczii uciekł
Żelazny Żuk płynie sobie czółnem. Znowu rozmawia, ale jakby z własnymi myślami.
- Hm… A może przesadziłeś z tym uwalnianiem mnie?
- …
- No niby prosiłem, no niby są tępi i nie zrozumieją cię, ale żeby tak od razu stado bizonów na jedno tipi nasyłać?
- …
- No tak, rzeczywiście. Zawsze mogłeś nasłać Mictantecutli. No dobra, to gdzie teraz?
- …
- Rzeczywiście, byłem praktycznie wszędzie… Oj losie, losie…
- …
- Przepraszam, zapomniałem, że Los też jest zależny od ciebie.
I Żelazny Żuk uwolniony popłynął w stronę wschodzącego słońca. Za sobą zostawił Okoczię. Kraj, któremu wiele dał. Ze sobą zabrał Dar. Dar i tak bezużyteczny. Za sobą zostawił Teronię z szamanką na brzegu, płaczącą nad rozbitymi słojami z ziołami. Popłynął tam, gdzie mu Szoszoini nie będą już nigdy zakłócać pogawędek z Realem…